Co zostawiam na szczycie?

Pewna myśl potrafi kiełkować długo – czasem zupełnie niepozornie.

Wszystko zaczęło się podczas wyprawy na Mogielicę. Arek znalazł tam pomalowany kamyk. Mały, kolorowy, z przesłaniem. Nieco później kolejny zobaczyłam na Śnieżnicy. I wtedy w mojej głowie zakwitła myśl — kiełkowała, dojrzewała, aż w końcu wydała owoc🍎. Postanowiłam, że sama będę malować kamyki. Malować i zostawiać je na szczytach, z których robię łączności ☺️.

Talent artystyczny mam, delikatnie mówiąc, umiarkowany, zdolności raczej skromne… ale jak już coś sobie postanowię, to trudno mnie powstrzymać 😉 A przy okazji był to naprawdę miło spędzony czas. Pomysł powstał, został zrealizowany — pozostało tylko czekać na odpowiednie warunki.

Gdy pogoda w końcu się poprawiła, można było ruszyć w góry. Co prawda nie była to wyprawa w ramach SOTA, ale miejsce równie urokliwe, a co ważniejsze — zaledwie dziesięć minut jazdy samochodem. Towarzyszyła mi Emilka, bo inaczej być nie mogło. Jak już wiele razy mówiłam — genów nie oszukasz. I bardzo dobrze, bo dzięki temu, oprócz dobrego humoru, zostały nam z tej wycieczki także zdjęcia.

Wyprawa okazała się bardzo udana, mimo wiatru i mrozu. Na szczyt dotarłyśmy bez problemu, łączności były sympatyczne i pełne dobrej energii, a pierwszy z dziesięciu pomalowanych kamyków został tam, gdzie jego miejsce — na szczycie. Niech czeka na kogoś, kto go znajdzie i zabierze w kolejną wędrówkę. Ciekawe, czy jeszcze kiedyś o nim usłyszę… Oby choć przez chwilę wywołał uśmiech ☺️☺️

Dodaj komentarz