Dyplom? Fajnie. Ale nie o dyplom tu chodzi…

Co prawda wcześniej brałam już udział w kilku akcjach jako aktywatorka, więc jakieś doświadczenie z łącznościami, pile-upem i logowaniem już miałam.

I wtedy Agnieszka zaczęła nas, YL-ki, wyłuskiwać i zbierać do kupy. Padł pomysł, żebyśmy same – kobiety – zorganizowały akcję dyplomową. Długo się nie zastanawiałam. Pomyślałam: czemu nie? I tak znalazłam się w YL POWER.

Akcja YL POWER okazała się strzałem w dziesiątkę. Dziewczyny zrobiły tyle łączności w tak krótkim czasie, że naprawdę głowa mała. Patrzyłam na ich wyniki z ogromnym podziwem. I nadal patrzę… 

W międzyczasie gdzieś padła informacja o YL World Wide Award. Był link, było krótkie „jak się zgłosić”, więc… jak zwykle długo się nie namyślałam. 😄 Swoją skromną osobę zgłosiłam.

Co prawda mój angielski jest nie tyle kulawy, co raczej nieruchawy, ale od czego są internetowe tłumacze? Rejestrację jakoś udało się przejść i już nie było odwrotu.

Ja, jak to ja… po swojemu. Bez pośpiechu. Z raportem, ale i z miłym słowem, jeśli tylko warunki na to pozwalały. Wiem, że niektórzy wolą „59 i następny”, ale mnie zawsze bardziej cieszyło, kiedy po drugiej stronie oprócz wpisu do logu został jeszcze uśmiech.

Polski pile-up już wcześniej przeżyłam. W sumie… szkolne przerwy to też taki codzienny pile-up, więc pomyślałam sobie: skoro z tym daję radę, to zagraniczny też jakoś przeżyję.

No i przeżyłam…

Ale co ja przy tym przeżyłam, to już inna historia! 😄

Końcówka lutego i pierwsza połowa marca wyglądały mniej więcej tak: praca, chwila na radio, zakupy, qso,  gotowanie, sprzątanie, radio… i gdzieś pomiędzy tym wszystkim trzeba było jeszcze znaleźć chwilę na sen.

Łącznie zrobiłam prawie 600 QSO. Dla wielu operatorów to może nie jest oszałamiający wynik, ale patrząc na ilość czasu, jaką mogłam poświęcić na radio, dla mnie to był naprawdę mój mały, prywatny sukces.

Oczywiście nie obyło się bez potknięć.

Do dziś śmieję się z jednego QSO podczas WWA YL. Stacja wołała mnie kolejny raz, ja znak odbierałam poprawnie, poprawnie go literowałam: Nine Alfa One Alfa Alfa, a do logu z pełnym przekonaniem wpisywałam… 1A1AA zamiast 9A1AA. Wszystko się zgadzało, tylko tej jednej dziewiątki jakoś uparcie nie chciałam zauważyć. No cóż… człowiek uczy się całe życie. Od tamtej pory na dziewiątkę patrzę już zdecydowanie uważniej.

I właśnie za to lubię takie akcje.

Nie dla dyplomów. Nie dla klasyfikacji. (chociaż dyplomy są miłe)

Przede wszystkim lubię je za doświadczenie. Za ludzi. Za to, że każda kolejna akcja czegoś uczy. Jedna nauczy cierpliwości, druga osłucha z różnymi akcentami, trzecia pokaże, że nawet kiedy wydaje się, że nic nie słychać, to jednak warto jeszcze chwilę posłuchać.

No i akcja się skończyła…

Pomyślałam wtedy, że grzechem byłoby nie mieć po niej jakiejś pamiątki. Oprócz wspomnień, które zostały w głowie i w sercu.

Zamówiłam… czekałam… czekałam… i w końcu przyszła.  I wiecie co?

To chyba jeden z tych gadżetów, który nie przypomina mi o zdobytych punktach, tylko o ludziach, emocjach i świetnie spędzonym czasie przed radiem. I właśnie dlatego ma dla mnie taką wartość. 🥰

Dodaj komentarz