Albo: Jałowiec – 5W, cisza w eterze i do trzech razy sztuka 🫢
Trasa na Jałowiec była mi dobrze znana i wielokrotnie pokonywana. Tym razem nie zabierałam drona. Miała to być leniwa wycieczka — bez pośpiechu, bez rozbudowanego planu i bez realizowania kolejnych wcześniej ustalonych zadań.
Ot, wejść na górę, zrobić aktywację, odpocząć i spokojnie wrócić. Brzmiało rozsądnie. Podejrzanie rozsądnie. 😉
Wyruszyłam wcześnie rano z niewielkiego parkingu przy zielonym szlaku. Słońce dopiero wychodziło zza gór, na trasie było pusto, a znajoma droga prowadziła obok Klasztoru Zmartwychwstanek i Izby Pamięci Prymasa Wyszyńskiego przez las i Przełęcz Kolędówki w stronę Jałowca. (ufff ale długie zdanie mi wyszło)
Drona zostawiłam w domu, ale żeby plecak przypadkiem nie był za lekki, zabrałam różne dodatki do telefonu: teleobiektyw, filtr polaryzacyjny oraz nakładkę do zdjęć makro. Plan był prosty — spokojnie przetestuję je sobie w terenie. Nie bardzo wyszło 🫢.
Przy tak mocnym słońcu na ekranie telefonu widziałam niewiele, więc ocenianie ostrości i efektów przypominało bardziej zgadywanie niż fotografowanie. Najlepiej spisał się filtr polaryzacyjny. Reszta będzie musiała dostać kolejną szansę w nieco bardziej sprzyjających warunkach.
Na Jałowcu przywitało mnie, błękitne niebo i piękne widoki na Babią Górę, Pilsko, Romankę …. Najpierw przyszła pora na właściwą aktywację SOTA SP/BZ-022.
Tradycyjnie zaczęłam od UKF-u i Baofenga. Nie miałam już siły zabierać dodatkowej anteny do Icoma, więc ręczniak z antenką musiał wystarczyć. I wystarczył — łączności zostały zrobione, aktywacja zaliczona, a radiowy plan minimum wykonany.
Jak widać na załączonym obrazku „nie widać” kamyczka. I bynajmniej nie jest to błąd aparatu… zapomniałam go zostawić o czym przekonałam się rozpakowując plecak w domku
Potem zaczęła się kolejna porcja rozrywki, czyli rozwieszanie anteny KF🤗.
Tym razem zabrałam End-Feeda. Trochę linki, trochę przewodu, rzut w odpowiednią gałąź, poprawianie, przeciąganie i pilnowanie, żeby wszystko znalazło się mniej więcej tam, gdzie powinno. Łatwo może nie było, ale najważniejsze, że się udało🏋️.
Antena zawisła. Icom IC-705 został podłączony. Można było zaczynać. Ja świat słyszałam przepięknie. Pasmo było czyściutkie, bez wszechobecnych miejskich zakłóceń, trzasków i całego tego radiowego bałaganu, do którego człowiek przyzwyczaja się w domu. Sam odsłuch był naprawdę miły dla ucha.
Tylko świat jakoś nie słyszał mnie… Ani jednej odpowiedzi. Nikt. Kompletnie nikt.🫨
Owszem, pracowałam mocą 5 W, więc trudno było oczekiwać, że zatrzęsie się pół Europy. Ale żeby tak zupełnie nikt? Nawet jeden malutki korespondent? Nic z tego.
Pozostało więc cieszyć się czystym odbiorem i potraktować całość jako udany trening rozwieszania anteny. W końcu antena zawisła, radio działało, sygnały dochodziły pięknie — trzy czwarte sukcesu. 😉
Później był odpoczynek, kolejne próby fotografowania telefonem i zwyczajne korzystanie z pogody. Bez pośpiechu, bo przecież właśnie taka miała być ta wycieczka.
W końcu przyszła pora na najmniej lubianą część zabawy z anteną, czyli jej zwijanie. Rozwiesić trzeba, zwinąć trzeba, linki rozplątać trzeba, a wszystko jeszcze zmieścić z powrotem do plecaka. Udało się, zapakowałam sprzęt i ruszyłam w dół.
Trasa znajoma, więc co mogło pójść nie tak? No właśnie. Dotarłam do skrzyżowania czterech dróg — takiego najzwyklejszego, jak dzieci rysują na kartce. Najpierw wybrałam drogę w lewo. Prowadziła w dół, więc długo się nad tym nie zastanawiałam.
To znaczy myślałam. Owszem. Tylko akurat nie o tym, żeby poszukać żółtego znaku na drzewie.
Szłam więc sobie spokojnie, aż w końcu znalazłam się hen, daleko w polach i zdecydowanie nie tam, gdzie planowałam. Mapa również nie zaproponowała żadnego cudownego skrótu, więc nie zostało mi nic innego, jak zawrócić i ponownie podejść do skrzyżowania.
Skoro nie w lewo, to widocznie w prawo.
Ruszyłam. Po mniej więcej dwóch minutach zaczęło mnie jednak zastanawiać, dlaczego na żadnym drzewie nie ma żółtego paska. Tym razem szybciej zajrzałam do mapy. I co? Znowu zeszłam ze szlaku.
Wróciłam więc po własnych śladach do znajomego już skrzyżowania. Została trzecia droga — prosto i w dół.
Jak mówi przysłowie: do trzech razy sztuka.
Spojrzałam uważniej i oczywiście żółty znak był namalowany jak wół. Cały czas tam wisiał. Najwyraźniej czekał cierpliwie, aż skończę zwiedzać pozostałe drogi. 😁
Dalej poszło już bez większych przygód. Po drodze zahaczyłam jeszcze o ukryty między skałami wodospad, a później — tym razem całkowicie świadomie — zeszłam ze szlaku, żeby leśną drogą wrócić na parking.
I tak miała wyglądać leniwa, spokojna wycieczka bez realizowania założeń.
UKF zadziałał, End-Feed zawisł, świat został wysłuchany, choć nie odpowiedział, dodatki do telefonu zostały mniej lub bardziej przetestowane, wodospad odwiedzony, a trzy drogi sprawdzone osobiście.
Może łączności na KF nie było, ale za to upewniłam się, że jeśli na skrzyżowaniu są trzy możliwe kierunki, właściwy potrafię znaleźć najpóźniej za trzecim razem.
Czyli właściwie pełen sukces.
I jeszcze organizacyjno – technicznie:
współrzędne parkingu przy wejściu na zielony szlak: 49.686838, 19.505603
Można wykorzystać alternatywny przy wodospadzie parking https://maps.app.goo.gl/PZmvsYbYaV9DWek48



