Wiele razy podchodziłam do nauki alfabetu Morse’a. Były aplikacje na telefon, było LCWO, były dobre chęci… i jakoś nawet szło. Do czasu, aż przestawało. Zapał powoli zdychał, ćwiczenia odchodziły w zapomnienie, a ja po raz kolejny dochodziłam do wniosku, że może kiedyś spróbuję jeszcze raz.
Ale, jak to się mówi — wszystko do czasu.
Urządzenie już wcześniej widziałam. Nie powiem, że nie. Widziałam… i zapomniałam. Aż któregoś dnia mąż pokazał mi swój nowy zakup.
Pooglądałam. Przetestowałam. Poklikałam. Posłuchałam.
I już wiedziałam: też takie chcę!
Nie pożyczane. Nie „weź sobie moje, jak będziesz chciała poćwiczyć”. Chciałam mieć własne. Mąż spojrzał na mnie trochę dziwnie i zapytał:
— Po co nam dwa?
No jak to po co? Przecież on ma swoje ustawienia, a ja potrzebuję swoich! Argument nie do podważenia. Oświadczyłam więc, że sama sobie zapłacę, ale chcę mieć własne. Zamówił.
Przyszło. Jest. Moje!
A że jak się nie zapytasz, to się nie dowiesz, zapytałam jeszcze, czy nie zechciałby mi go podarować jako prezentu urodzinowego 🎁. Co prawda do moich urodzin zostało jeszcze trooochę czasu, ale przecież nigdzie nie jest napisane, że prezent urodzinowy trzeba wręczyć dokładnie w dniu urodzin.
Mąż się zgodził. Nawet wyglądał na zadowolonego. Ja byłam szczęśliwa, a pieniążki zostały mi w kieszeni. Same korzyści! 😉
I tak oto mam i ja — własny MorseLab.
Wciąga niesamowicie. Nie ma dnia, żebym choć trochę nie „titała”. Możliwości ma całe mnóstwo, a ja nie przetestowałam jeszcze nawet jednej trzeciej. Najważniejsze jednak, że ćwiczę. Codziennie.
Wiem, wiem… nauka alfabetu Morse’a pewnie powinna wyglądać inaczej. Tyle że to „inaczej” jakoś wcześniej nie skutkowało. Podobnie było u mnie z nauką pisania bezwzrokowego. Typowe ćwiczenia książkowe skutecznie mnie zniechęcały, więc zaczęłam przepisywać strony z książki, którą akurat czytałam.
I tadam! Nauczyłam się.
Najwyraźniej potrzebuję uczyć się po swojemu. Jeśli coś mnie wciągnie i sprawia mi przyjemność, to mogę ćwiczyć codziennie. A MorseLab zdecydowanie trafił w dziesiątkę.
Ale, ale… piszę i piszę, a jeszcze nie wspomniałam o jednym drobiazgu.
Żeby mojemu MorseLabowi nie było smutno, do kompletu sprezentowałam 🎁 sobie… radio do samochodu. A co!
Jadąc do pracy, mam po drodze głównie same górki. Zasięg na UKF jest idealny, więc grzechem byłoby z tego nie korzystać.
I tak jeden przedwczesny prezent urodzinowy zupełnie przypadkiem zamienił się w dwa. Co prawda tylko na chwilę MorseLab ma teraz towarzysza Retevisa RT95.
Dla zainteresowanych podaję link do strony i powiem tak, pokazałam urządzenie doświadczonym kolegom i wszyscy są nim również zachwyceni. Możliwościami jakie daje MorseLab. I nie jest to link sponsorowany 🤣
https://hamhobby.pl/pl/products/morselab-karta-sd-13.html