SOTA Ćwilin SP/BZ-024 i Śnieżnica SP/BZ-034

czyli „zanim świat obudził się do życia”⏰

Na szlaku byłam już o godzinie 6.00. Start nieodmiennie z Przełęczy Gruszowiec, gdzie znajduje się również słynny bar „Pod Cyckiem”. Nazwa może niezbyt górska, za to zdecydowanie trudna do zapomnienia. 😉

O tej porze parking był pusty, na szlaku nie było „ludziów”, a dookoła panowała cisza. I to niewątpliwie największe zalety tak wczesnego wychodzenia w góry.

Po siódmej byłam już na Ćwilinie. Na rozległej polanie było pochmurno, mocno wiało, a chwilami kropił deszcz. Tym razem zaczęłam od drona, bo uznałam, że o tak wczesnej porze korespondenci zapewne jeszcze śpią🫢. Jak widać, wczesne wychodzenie ma również wady.

Dron poleciał, a ja mogłam zobaczyć Ćwilin i okoliczne szczyty z góry. Kolorystyka zdjęć przy tej pogodzie może nie zachwyca, ale nie o konkurs fotograficzny chodziło. Ujęcia miały być dla mnie i swoje zadanie spełniły M.in na  zdjęciu drugim widać skąd nazwa Beskid Wyspowy. Na pierwszym  widać  małego ludzia stojącego samotnie pośrodku wielkiej polany. Tak, to ja — w skali mniej więcej jeden do całego Wyspowego Beskidu

Potem przyszła pora na radio. Sprzęt rozłożyłam na stole, kawa była, więc można było zaczynać. Świat już się  budził i przez radio popłynęły słowa i te z bliższa i te z dalsza  wszystkie miłe, więc aktywacja została zrobiona.

Na koniec przy tablicy „Ćwilin, 1072 m n.p.m.” zostawiłam kolejny własnoręcznie pomalowany kamyk podpisany moim znakiem. Ciekawe, czy kiedyś na któryś z nich trafi krótkofalowiec…

Po łącznościach chciałam jeszcze raz wypuścić drona. Nadal wiało, zaczynał kropić deszcz, a mnie zmarzły łapki. Okrutnie. Ja byłam jeszcze mentalnie na etapie niedawnych upałów, a Ćwilin najwyraźniej już przeszedł na sezon jesienny.

Wniosek na przyszłość: bez względu na porę roku zabierać ogrzewacze do rąk.

Zeszłam więc z powrotem na Przełęcz Gruszowiec, ale to jeszcze nie był koniec. Po jednej stronie przełęczy został Ćwilin, po drugiej czekała Śnieżnica, więc ruszyłam na drugi szczyt. Po drodze wrzosy, niebieskie goryczki i coraz więcej oznak, że lato powoli zaczyna się pakować…

Na Śnieżnicy było śniadanko, kolejny kamyk zostawiony przy tablicy „Śnieżnica, 1006 m n.p.m.” i oczywiście radio. I tutaj sytuacja wyglądała już zupełnie inaczej.

Świat zdążył się obudzić, korespondenci wstali z łóżek, a na paśmie zrobiło się znacznie tłoczniej. Łączności było dużo — zarówno bliskich, jak i dalszych. Był nieodmiennie Czesio SP9HZI, był Piotr SP9ABW „z domu” i udała się również jedna łączność Summit to Summit.

Czyli jednak da się. Trzeba tylko poczekać, aż inni wejdą na swoje góry. 😉

Podczas łączności korespondenci często życzą mi „bezpiecznego zejścia”. Sama również do tej pory tak mówiłam. Do dzisiaj… 😉
Piotr, który zawodowo działał w sektorze — nazwijmy to — bliżej cmentarnym, uświadomił mi, że słowo „zejście” może mieć także zupełnie inne znaczenie. Od tej pory życzę już wyłącznie bezpiecznego powrotu ze szczytu. Tak na wszelki wypadek. 😉

Wczesny wyjazd oznacza wcześniejszy powrót. Sama trasa nie była szczególnie długa, choć dwa wejścia swoje robią. Za to w samochodzie spędziłam łącznie trzy godziny.

Podsumowując:
Dwa szczyty.
Dwie aktywacje.
Dwa pozostawione kamyki.
Jeden Summit to Summit.
Jeden lot dronem.
Kawa, śniadanko i zmarznięte łapki.
A do tego parking bez walki o miejsce i szlak bez tłumu. Czyli bilans zdecydowanie na plus.

Tylko ogrzewacze następnym razem obowiązkowo — bo jak widać, sierpień w kalendarzu nie zawsze oznacza sierpień na szczycie. 😉

I na koniec informacje techniczne co bym nie musiała ich daleko szukać: 

współrzędne parkingu to: 49.7003, 20.1799 (przełęcz Gruszkowiec)

Dodaj komentarz