SOTA Babia Góra SP/BZ-001

czyli jak zostałam „uleczona” 😷. Wiele razy pisałam o Tatrach. Tęsknię za nimi i powoli zaczynałam się przełamywać, że może jednak warto do nich wrócić. Dzisiejsza wycieczka skutecznie wybiła mi ten pomysł z głowy.

Na parkingu byłam o 5.30. Parking duży, ale już prawie cały zapchany samochodami. Aha, wszyscy przyszli na wschód słońca — pomyślałam. Jak się później okazało, nie doceniłam rozmiaru zjawiska.

Wyruszyłam z Przełęczy Krowiarki. Początek szlaku był jeszcze spokojny, a wschodzące słońce zaglądało pomiędzy drzewa i oświetlało las takim ciepłym światłem, że chwilami trzeba było się zatrzymać. Nie dlatego, że brakowało mi sił. Oczywiście, że nie. Wyłącznie w celach fotograficznych. 😉

Po drodze trafił się nawet dzięcioł, więc nie tylko ja od rana pracowałam. On stukał w drzewo, ja człapałam pod górę — każdy realizował własny plan dnia.
Jeszcze przed Sokolicą pojawił się wężyk ludzi schodzących ze szczytu. Myślałam, że zaraz się skończy. Nie skończył się. Ciągnął się prawie do samej góry.

 Na szczycie zameldowałam się o 7.40, czyli podejście zajęło mi dwie godziny. I tutaj trafiłam na prawdziwe okienko pogodowo-ludzkie. Ci, którzy oglądali wschód słońca, zdążyli już zejść, a następna zmiana jeszcze nie dotarła. Na całym szczycie było może pięć osób (oczywiście, że zdj. poniżej  nie jest ze szczytu ale mi się podoba🙂).

Patrząc na zdjęcia, można nawet odnieść wrażenie, że Babia Góra była tego dnia prawie pusta. Nie była. To tylko dobrze uchwycony moment. 😉

Za to widoki wynagrodziły wszystko. Nad jasną warstwą mgły pięknie rysowały się Tatry — długa, poszarpana linia szczytów wyglądała tak, jakby góry unosiły się gdzieś ponad chmurami.

Zgodnie z tradycją zostawiłam również kamyk. Ostatni z tych, które miałam pomalowane, oczywiście podpisany moim znakiem. Tradycja rzecz święta — skoro była aktywacja, musiał być kamyk.

Od słowa do słowa wyjaśniłam sympatycznym, stojącym obok paniom, skąd się wziął i po co go zostawiam. Pomysł bardzo im się spodobał. Uśmiechnęły się i zapytały, czy mogą go zabrać. 
Kamyk ma pojechać z nimi w Dolomity, tam zostanie pozostawiony, a ja mam dostać zdjęcie. Sama nie wiem, kto miał z tego większą radość — one, że zabierają kamyk, czy ja, że mój mały, podpisany podróżnik wybiera się dalej niż ja. 😊

Od słowa do słowa zeszło również na drony i cóż od Pań dowiedziałam się jak sobie radzić w miejscach gdzie latać nie można – człowiek uczy się całe życie a najwięcej w górach 🤗

Potem obowiązkowy łyk kawy i można było zaczynać aktywację.

Pierwsze wywołanie poszło około 8.00, a ostatnią łączność zapisałam mniej więcej o 8.45. Łącznie 33 QSO.  I tutaj kolejna dobra część tego dnia: wszystkie rozmowy, bez wyjątku, były wyjątkowo sympatyczne. Odezwały się Kielce, Katowice, Kraków i  okolice. Były dalsze i bliższe łączności, ciepłe słowa, nowe oraz znajome radiowe głosy. Prawie wszystkie łaczności na 59 z plusami. Siedziałam wśród kamieni z ręczniakiem w dłoni, anteną wycelowaną w niebo i Tatrami majaczącymi ponad mgłą. Jak tu się było nie uśmiechać☺️

O 9.00 zaczęłam schodzić. Ludzkie okienko zdążyło się już zatrzasnąć.  Od szczytu aż po parking znowu byli ludzie, ludzie i jeszcze trochę ludzi. Przyzwyczaiłam się do tras, na których panują cisza i spokój, a spotkanie jednej osoby jest wydarzeniem dnia. Tutaj chwilami czułam się bardziej jak na deptaku niż na górskim szlaku.

Wychowano mnie również w przekonaniu, że ludziom spotkanym w górach mówi się „dzień dobry”. Dzisiaj ten zwyczaj powoli staje się chyba reliktem. Jedni odpowiadają, inni patrzą ze zdziwieniem, a jeszcze inni idą dalej, jakby człowiek był kolejnym kamieniem przy szlaku.

Szkoda, bo góry to nie tylko wejść, zrobić zdjęcie i zaliczyć. Warto czasem wiedzieć, gdzie się jest, po co się tam przyszło i co właściwie rozciąga się przed oczami.

I właśnie dzisiejszy tłum przypomniał mi, dlaczego od dawna omijam polskie Tatry. Powoli zaczynałam już myśleć, że może przesadzam i warto dać im jeszcze jedną szansę.

No cóż… Babia Góra przeprowadziła dziś wersję demonstracyjną i skutecznie mnie wyleczyła. 😉

Mimo wszystko dzień był naprawdę dobry. Był piękny wschód słońca pomiędzy drzewami, prawie pusty szczyt — choć tylko przez chwilę — Tatry wystające ponad morze mgieł, kawa, udana aktywacja SOTA i kamyk, który wybiera się w  Dolomity.

A Tatry?

Zostają jeszcze słowackie. 😁

Dodaj komentarz