Jak się nie ma co się lubi… czyli poranki na Leskowcu

w drodze...

„Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma” — można by od tego zacząć, choć nie do końca byłaby to prawda. Bo przecież Leskowiec lubię 🤗. I to bardzo.

Kiedy jednak nie mogę pojechać gdzieś dalej albo wyjść trochę wyżej — bo pogoda nieodpowiednia, czasu za mało lub jedno i drugie naraz — trzeba coś wymyślić. Tak, żeby nogi nie zapomniały, do czego służą, a radio miało okazję zostać włączone.

Tym razem padło właśnie na Leskowiec (i to nie jeden ale dwa razy). To zaledwie kilka minut jazdy, szlak z Ponikwi dobrze znany, a widoki potrafią wynagrodzić nawet bardzo wczesną pobudkę.

O godzinie 5.30 byłam już na szlaku. Cicho. Pusto. Ani jednego człowieka. Tylko ja, las i poranek, który dopiero na dobre budził się do życia. 

schronisko

Na górze obowiązkowo kawa. Bo przecież po coś człowiek ten kubek wnosi. 😉 Potem przyszedł czas na radio i o 7.30 wywołanie ogólne ze szczytu. Leskowiec nie jest  zaliczany do programu SOTA , ale czy to znaczy, że nie można stamtąd porozmawiać przez radio? Oczywiście, że można. Miło było usłyszeć znajome i nowe głosy. Szczególną niespodzianką okazał się Boguś i jego zazwyczaj „Słoneczny Wodzisław”. 

Siedziałam więc spokojnie, rozmawiałam przez radio i patrzyłam na odległe pasma. Aż nagle coś zaczęło się zmieniać. Z jednej strony gór ruszyła mgła — albo chmura, bo do końca sama nie wiem, co właściwie o mnie zahaczyło. Przesuwała się na drugą stronę tak szybko, że widok był niesamowity. Gdyby działo się to wieczorem, powiedziałabym, że sceneria zrobiła się jak z horroru. Ale był początek dnia.

Jeszcze za pierwszym spojrzeniem widziałam odległe szczyty. Za drugim nie było już nic. Wszystko zniknęło w białej zasłonie, a po chwili zaczął padać delikatny deszcz.

No cóż — góry postanowiły przypomnieć, kto tutaj ustala warunki.

Był szczyt, były łączności, pozostało więc zostawić kamyk 🎁. 

Spakowałam radio, dopiłam kawę i ruszyłam w dół. Co ciekawe, deszcz wcale nie zepsuł mi nastroju. Wręcz przeciwnie — sprawiał zaskakująco miłe wrażenie. Przypomniały mi się czasy sprzed wielu lat, kiedy człowiek nie wybierał idealnej pogody na każdą wycieczkę. Po prostu ruszał na szlak i spędzał na nim kilka dni, niezależnie od tego, czy świeciło słońce, padał deszcz, czy chmury postanowiły zejść trochę niżej.

I chyba właśnie dlatego wracałam w tak dobrym humorze.

Nie była to daleka wyprawa ani wysoka góra. Nie było aktywacji SOTA, drona ani całego dnia spędzonego na szlaku. Były za to poranna cisza, kawa, znajome głosy w radiu, pozostawiony kamyk oraz mgła, która w jednej chwili połknęła wszystkie widoki.

Czasem nie trzeba wyjeżdżać daleko, żeby przeżyć coś wyjątkowego. Trzeba tylko odpowiednio wcześnie wstać, zabrać radio i dać górom szansę, żeby zrobiły resztę. 😊

Dodaj komentarz